Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości z niedowierzaniem przyjęli wynik wyborów parlamentarnych. Ostatnie sondaże wskazywały na wyrównany wynik, a sam prezes Kaczyński mówił nawet o przewadze PiS nad rządzącą PO. Niestety, kardynalne błędy popełnione w przeszłości oraz ostatni tydzień kampanii przesądził o zwycięstwie obozu władzy. Zwycięstwie tym bardziej dotkliwym dla liderów opozycji, że poprzedzonym czterema latami fatalnych rządów Platformy.

Warto teraz zastanowić się jakie były przyczyny tej porażki.
 
Po pierwsze – osoba lidera.
Jarosław Kaczyński po katastrofie smoleńskiej miał wszelkie szanse na odebranie władzy PO. Jego lekko cukierkowa kampania wyborcza w 2010 roku przyciągnęła głosy aż 8 milionów wyborców. Niestety, po przegranych wyborach przystąpił do negacji instytucji państwa, którym sam chciał rządzić. Co więcej, zaczął przekonywać elektorat, że jego postawa w trakcie kampanii była wynikiem przyjmowania środków psychotropowych. Czyli – głosując na Kaczyńskiego – wyborcy głosowali de facto na kogoś innego. Doprawdy, trudno wyobrazić sobie lepsza metodę na zrażenie sobie elektoratu.
Dziś Kaczyński ma już tak duży elektorat negatywny, że nie ma praktycznie szans na zdobycie władzy. Oprócz niezwykłej zmienności charakteru (niespójność przekazu) mamy tutaj jeszcze nietypową sytuację osobistą. Ludzie niechętnie podporządkują się osobom, które uchodzą w powszechnym rozumieniu za dziwaków. A Jarosław Kaczyński w pełni wypełnia definicję takiej właśnie osoby.
Co więcej Kaczyński nie sprawdził się jako organizator i manager. Nie był w stanie przygotować swojej partii na konfrontację z silnym przeciwnikiem, jakim była PO wspierana przez 95% stacji telewizyjnych. Kaczyński nie zadbał o pozyskanie odpowiednich ekspertów ekonomicznych. Ten ostatni temat zasługuje zresztą na dłuższe omówienie.
Prawo i Sprawiedliwość czeka zmiana lidera. Jest to już nieuchronne i wszelkie dyskusje na ten temat nie mają już większego znaczenia. Opozycją nie moze rządzić ktoś, kto roztrwonił cztery miliony głosów. Pozostaje tylko pytanie „kiedy” i „jak”, a nie „czy”. Kandydat na następcę już jest. Nazywa się Zbigniew Ziobro a jego cechy osobiste i zdobyte umiejętności dają szansę na sukces. Ziobro jest dobrym organizatorem, nauczył się zasad działania państwa, zna podstawy ekonomii i jest dobrze postrzegany przez przeciętnego wyborcę. Ważne jest jednak, aby nie wykonywał zbyt pochopnych ruchów, tylko stopniowo poszerzał swoje wpływy w partii. Aktualnie, w PiS nie ma nastrojów na zmianę prezesa, a wszelkie tego typu propozycje byłyby uznane za zdradę.
 
Po drugie – brak kadr, czyli przegrana debata o ekonomii
Przez cztery lata swoich rządów Platforma Obywatelska opowiadała Polakom niestworzone historie na temat rzekomego sukcesu gospodarczego swoich rządów, przejścia przez kryzys „suchą stopą”, czy stabilizacji finansów publicznych. Prawo i Sprawiedliwość nie było w stanie skontrować nawet najbardziej oczywistych kłamstw i przeinaczeń. Było całkowicie bezbronne w debatach ekonomicznych. Co więcej, nie obroniło nawet dorobku swoich czterech lat. W internecie, na blogach czy nawet S24 można było znaleźć sporo tekstów, które mogłyby pomóc PiS wygrać starcie na argumenty z PO. Warto dziś przypomnieć, co stanowiło leitmotiv zakłamanej narracji partii władzy.
Zielona wyspa –  Polska jako jedyny kraj europejski nie weszła w recesję. Miało to być zasługą rządzących. Rzecz w tym, że ten pozorny sukces wynikał z polskiej biedy i radykalnej dewaluacji złotówki w stosunku do euro. Polscy producenci mogli zaoferować tanie produkty, gdyż płacili (i płacą) swoim pracownikom kilka razy mniej niż na Zachodzie. Spadek kursu złotówki jeszcze wzmocnił tę tendencję. Zauważmy, że częścią tej manipulacji jest tutaj przyjęcie jako kryterium porównawczego tylko perspektywy europejskiej, co nie ma żadnego sensu, bo polska gospodarka jest bardziej podobna do brazylijskiej czy tajskiej niż niemieckiej czy szwedzkiej. PiS na ten temat milczał.
Przyjęcie euro  –  Donald Tusk zadeklarował przyjęcie wspólnej waluty już w 2011 roku. Spowodowałoby to utratę konkurencyjności przez polską gospodarkę i – co ważniejsze – potrzebę asygnowania gigantycznych kwot na pomoc dla Grecji. Dziś Słowacja musi zapłacić około 800 milionów euro na wsparcie bogatszego państwa. W przypadku Polski byłyby to 3-4 miliardy euro. PiS na ten temat milczał
Demontaż OFE - Tutaj PiS nie tylko milczał, ale również wspierał obóz władzy, gdyż faktycznie poparł koncepcję minister Fedak. Sam przecierałem oczy ze zdumienia kiedy w trakcie debaty wyborczej ekspert PiS, profesor, której nazwiska przez litość nie wymienię, chwaliła minister pracy w rządzie Tuska.  Sprawa OFE mogła pomóc opozycji odebrać Platformie elektorat wielkomiejski, który w końcu przesądził o miażdżącym zwycięstwie tej ostatniej. Zamiast tego widownia otrzymała niespójny przekaz, w którym PiS z jednej strony atakował Rostowskiego, a z drugiej chwalił jego „reformę” systemu emerytur.
Dorobek rządów PiS – obniżenie podatków. Media i propagandyści PO zrzucili winę za kiepski stan finansów publicznych na obniżenie podatków przez poprzedni rząd. Sprawna intelektualnie opozycja mogłaby tutaj przypuścić kontratak. Wystarczyło pokazać jak spadało zadłużenie w relacji do PKB. Jakie tendencję udało się uruchomić. Przecież rząd PiS praktycznie wyeliminował deficyt FUS i doprowadził do podwyższenia ratingu kredytowego Polski w 2007 roku przez agencję Fitch.
Można było przypomnieć lewicowo-liberalnym mediom jak namawiały rząd Jarosława Kaczyńskiego do podwyżki pensji pielęgniarkom czyli powiększenia deficytu budżetowego. Można było wskazać na fatalny stan państwa, który przejmował PiS i nagłe potrzeby społeczne (na przykład niedożywienie dzieci), co uniemożliwiło szybkie zbijanie deficytu. Można było odnieść się do słusznej teorii ograniczania deficytu poprzez podtrzymanie wzrostu gospodarczego, a nie prowadzące do recesji i dramatów społecznych cięcia wydatków. Niestety - PiS na ten temat milczał.
Kryzys jako wymówka. Obóz władzy sprytnie podsycał histerię związaną z trwającym kryzysem zadłużeniowym Grecji i innych peryferyjnych krajów Europy. Miało to służyć likwidacji dysonansu między zapowiedziami podwyższenia standardu życia Polaków a stanem faktycznym. Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie rozumieli, że kryzys na Zachodzie nie przełożył się na obniżenie standardu życia przeciętnego Niemca, Francuza czy Holendra. Co więcej ośrodki gospodarcze Europy i centra produkcyjne odzyskały już w 2010 roku poziom aktywności ekonomicznej sprzed kryzysu. Niemcy, nasz największy partner handlowy, rozwijały się szybciej w 2010 roku niż w 2007. Dlatego też, odwoływanie się do wyimaginowanego kryzysu jako uzasadnienia dla podwyżek podatków i fatalnej sytuacji finansów publicznych było wierutnym łgarstwem i bardzo sprytną zagrywką propagandową. Naiwny PiS niestety połknął przynętę w całości.
Rostowski – bez kontry. Prawo i Sprawiedliwość bardzo nieudolnie atakowało ministra finansów w rządzie PO-PSL. W żaden sposób nie odniesiono się do kuriozalnego dokumentu tzw strategii zarządzania długiem. Nie skrytykowano planu obniżenia deficytu finansów publicznych pomiędzy rokiem 2010 i 2011, który zawierał mgliste pojęcia i nie opierał się o prawdziwy bilans otwarcia. W sposób nieprecyzyjny zasugerowano wzrost wydatków państwa w 2009 roku, zamiast przedstawić to jako kopię polityki niemieckiej zmierzającej do wspracia edukacji oraz zachowania potencjału produkcyjnego tak, aby można go było wykorzystać już po kryzysie.
Zupełnym blamażem były wystąpienia ekspertów PiS, a nieudana debata z Zytą Gilowską utwierdziła wyborców, że PiS po prostu nie posiada kompetentnych fachowców od gospodarki i finansów.
Sprawy różne. Tu można wymienić wypowiedzi premiera Tuska porównujące tempo wzrostu PKB Polski i krajów zachodnich, porównywanie wysokości długu w relacji do PKB czy uporczywe pomijanie dramatycznej różnicy w oprocentowanie polskich i niemieckich czy brytyjskich obligacji itp. PiS w tych sprawach oddał pole na całej długości.
Każda z wyżej wymienionych spraw mogła być tematem spotu wyborczego czy szerokiej kampanii informacyjnej. Niestety zamiast tego mieliśmy scenki rodzajowe z udziałem „ładnych buź” (reklama szamponu?) oraz ogólnikowe hasła w rodzaju „Polacy zasługują na więcej”.
 
Last but not least – brak strategii
Znaczną częścią kampanii wyborczej były kwestie europejskie. Obydwie partie konkurowały o to, kto będzie lepszym adwokatem Polski i kto wyrwie z unijnej kasy większe środki. PiS podjął grę na warunkach przeciwnika starając się udowodnić, że jest w stanie sprawnie wykorzystać pieniądze Brukseli. Jest to zresztą prawda, ale był to tylko jeden z wielu tematów dyskutowanych w kampanii. Kluczową kwestią był tutaj stosunek Polaków do zagranicy i relacje z bogatszą Europą. Prawo i Sprawiedliwośc powinno przedstawić się jako partia, która dąży do wypracowania dochodu w Polsce poprzez realizację planów ekonomicznych, unowocześnienie gospodarki, wsparcie nauki czy innowacyjności. Pomoc unijna – aczkolwiek miła w swojej istocie - powinna być przedstawiona jako „dodatek”, a nie główny czynnik rozwoju.
Oczywiście PiS przejął retorykę obozu władzy i zagrał według narzuconych mu reguł. Skutek już znamy. Ciekawe tylko czy ktoś wreszcie wyciągnie z tego wnioski. W następnych wyborach sukces będzie należał do tego, kto przekona Polaków, że lepiej poprowadzi modernizację gospodarczą Polski. Prawo i Sprawiedliwośc w swojej obecnej postaci nie ma na to żadnych szans.
I na koniec uwaga ogólna. Ktoś zapewne zarzuci mi, że kopię leżącego, a na powyższe tematy powinienem pisać przed wyborami. Rzecz w tym, że dziś jest szansa, aby ktoś się pochylił nad tym skromnym tekstem. Przez ostatnie cztery lata nikt by na niego nawet nie zwrócił uwagi.